Historia kęckiego punka – Wywiad z członkami zespołów BWS SOWCHOZ / ΣΟΦΟΣ / ПРАВДА
(Artykuł opublikowany w „Nowy Dzień 8” – Wywiad z czerwca 2009 r.)
Rozmawiali i odpowiadali członkowie kapeli:
- (G) – „Grupszy”
- (D) – „Duduś” vel „Łysy”
- (L) – „Lesek”
- (M) – „Matet”
- (S) – „Smyś”
[WPROWADZENIE – STRONA 1]
Kęty to miasto o charakterze handlowo-przemysłowym w woj. małopolskim, w powiecie oświęcimskim. Przy drodze z Bielska-Białej do Krakowa, Kęty położone są między Kozami a Andrychowem. Kęty należą do podkarpackiej strefy klimatycznej. Są położone w dolinie rzeki Soły, na stożku napływowym Soły. Od zachodu dolinę zamyka wysoczyzna Wilamowicka, zaś od wschodu wysoczyzna Osiecka, które są częścią Wysoczyzn Przykarpackich, a te z kolei częścią Kotliny Oświęcimskiej. Według danych z 31.12.2004 r., miasto miało 19175 mieszkańców.
„U nas w sowchozie wszyscy pracują. Nikt się nie obija wszyscy tu budują Tworzą podstawy nowego systemu. Lepszego dla wszystkich, lepszego od tego Jaki miały małpy jaki mieli króle Jaki miały małpy jaki stworzył car!”
Kontrrewolucja zawsze tu działała – w codziennej pracy ciągle przeszkadzała. Stworzyliśmy oddział zbrojnych, silnych ludzi. Według tradycji, według tradycji Jaką miały małpy, jaką mieli króle Jaką miały małpy, jaką stworzył car!
Sowchoz nasz rośnie ciągle jest bogatszy. My w nim bezpieczni jak na łonie matki Patrzymy w przyszłość widzimy świat piękny. Piękne, mądre hasło dodaje podniety Proletariusze wszystkich krajów ja was bardzo przepraszam. Karol Marks” (BWS SOWCHOZ / ΣΟΦΟΣ – „Sowchoz”)
Historia zespołu ze strony www BWS SOWCHOZ / ΣΟΦΟΣ…
Zespół powstał końcem 1984 r., jako pierwsza kapela punkowa w Kętach, z inicjatywy „Dudusia” (jedyny który wtedy umiał chwycić gitarę nie tylko pod pachę, ale też na ramię) i przyjął nazwę BETONOWA WIOSKA SOWCHOZ. W pierwotnym składzie znaleźli się „Grupszy” (początkowo wokal, potem gitara solowa), „Lesek” (perkusja) i Krzysiek „Żmijka” (gitara basowa). Tego ostatniego zastąpił w niedługim czasie „Micek”. Średnia wieku członków zespołu to 15 lat. Teksty i muzyka „Duduś”. W późniejszym czasie (w miarę opanowywania instrumentu) aranżacji dokonywał „Grupszy”. Pierwsze próby (1984/1985) to domowe spotkania: gitara - pudło, gitara basowa podłączona do radia, perkusja - pudła tekturowe. „Czysty profesjonalizm” i dużo zacięcia - he, he, he… Na wiosnę dla Dudka zbieraliśmy kolędując po domach pod czas ferii zimowych przebrani za pastuchów. Przy okazji kolędowaliśmy w domu rodziców panienki, w której się podkochiwaliśmy z „Mickiem” (przyp.: „Grupszy”). Trochę problemu sprawiał fakt, że „Duduś” uczył się w Starym Sączu i w Kętach bywał tylko na weekendy. A propos, w internacie ZSZ w „Bryjowie” (tam jako „Łysy”) zetknął się z dwoma członkami krynickiej kapeli punkowej: EGZYSTENCJA (Jacek i Robert). Dali wspólnie 2 „koncerty” z repertuarem m.in. PIERSI, TILTU i KRYZYSU (jeden na sali gimnastycznej przy okazji jakiegoś apelu, drugi na jadalni w Internacie - jedyne zdjęcia z „występów” członka BWS jakie posiadam). Wracając do BWS - postanowili wreszcie zaistnieć na scenie i zgłosili się na przegląd zespołów rockowych w Bielsku-Białej (1986 r.). Między zgłoszeniem, a przeglądem udało się im dostać do MDK-u w Kętach i mogli wreszcie przeprowadzać próby na „profesjonalnym sprzęcie”. Trwało to do wspomnianej wcześniej imprezy, która odbyła się w sali „Pod Orłem”. Niestety, zespół już z nową nazwą ΣΟΦΟΣ (BWS w MDK-u był nie do przyjęcia) nie wystąpił. W rejestracji czekało na nich 2 panów z SB, którzy przesłuchali każdego członka zespołu, wypytując głównie o twórcę tekstów (wraz ze zgłoszeniem trzeba było dostarczyć teksty piosenek dla cenzury). Postraszyli, że niedługo będą mieć matury i może się różnie zdarzyć… Na koniec kazali wracać grzecznie do domu. A w Kętach… Na następną próbę w MDK-u BWS/ΣΟΦΟΣ już nie został wpuszczony - kierownik dostał telefon z góry, a oni wilczy bilet. Wrócili więc do prób domowych. Zaczęły zmieniać się: teksty - z buntowniczych „anty…” stały się bardziej egzystencjalne, oraz: muzyka - „Grupszy”, coraz lepszy na gitarze, zaczął „odjeżdżać” w stronę bluesa, jazzu i coraz mniej było w tym punka. Któregoś dnia zapadła męska decyzja: koniec wspólnego grania pod szyldem: BWS/ΣΟΦΟΣ. Jedyny „występ” na prawdziwej scenie odbył się w połowie 1987 r. w Kętach przy okazji jakichś popisów działalności MDK-u. Kolesie z innego zespołu, którzy występowali w ramach tej imprezy zaprosili „weteranów” z widowni i udostępnili sprzęt. Zagrano 3 kawałki: „Grand Hotel”, „Armia” i „Sex”. W tym okresie (co jest może kuriozalne), choć właściwie wspólne granie kończyło się, udało się BETONOWEJ WIOSCE SOWCHOZ/ΣΟΦΟΣ „zdobyć” prawdziwą scenę…
Koncerty BWS SOWCHOZ / ΣΟΦΟΣ…
- 1985 - 1987 r.: Kęty, sceny plenerowe… nad Sołą, na ławce za blokiem i inne tego typu miejsca w naszym pięknym mieście. Najczęściej w sobotnie wieczory koncerty typu „unplugged”.
- 1986 r.: Bielsko-Biała, sala „Pod Orłem”. Pierwszy oficjalny na przeglądzie zespołów rockowych… nie wystąpili bo ich wyrzucili za teksty… 2 panów z SB.
- 1987 r.: Kęty, scena przed MDK. Zagrali 3 (słownie: trzy) utwory dzięki życzliwości kolegów „Mateta” (senkju very mać „Matet”!).
ΣΟΦΟΣ…
Jeśli ktoś nie poznaje: to są literki alfabetu greckiego. Słowo „sofos” - mądrość, zastąpiło BETONOWĄ WIOSKĘ SOWCHOZ by zaraz w przebiegach kapela nie przepadała u możnych ówczesnego świata, od których zależała… kariera artystyczna. „Sowchoz” - „sofos”… ot, taka gra słów. I literki… takie fajne - inne niż mieli wszyscy… Chłopaki przeszli też do następnych klas w swoich szkołach… więc uznali się za troszkę mądrzejszych…
[WYWIAD – STRONA 2]
- BWS SOWCHOZ był pierwszym punkowym zespołem w Kętach? A jak to się stało, że punk w ogóle trafił do Kęt?
(G): Końcem lat 70-tych w liceum ktoś to przywiózł. Założyli pierwszą kapelę. My byliśmy drudzy.
(S): No tego moi drodzy to wam nie daruję! Jak ja zawsze chciałem wrzeszczeć na wokalu w kapeli punk rockowej… Znałem wszystkie albo prawie wszystkie teksty „tamtych” zespołów a jedyne co mogłem zrobić to wydzierać się na „Podlesiu” (dzielnica Kęt) przy aplauzie mojej załogi ☺
(D): Tak, byliśmy pierwsi, jestem tego pewien. Kojarzy mi się jakiś mecz na stadionie „Hejnału” (chyba koniec lata jakoś po Jarocinie ’84), podczas którego siedzieliśmy na trybunie i rozmawialiśmy o kapeli. A jak punk trafił do Kęt? Tak jak napisał „Grupszy”, ktoś to przywiózł i zostało. Mi kołacze się po głowie jakaś opowieść, że ktoś z najstarszej ekipy („Bączek”?) zetknął się z ludźmi z Ustrzyk i oczywiście z KSU (jakieś wakacje w Bieszczadach czy coś takiego). Oni „to” przywieźli. I tak zostało. Ja osobiście to w 7-8 klasie podstawówki (tj. ok. 1982 r. zaczynałem z „Małpą”. Znaliśmy się i kumplowali od dzieciństwa (nasi ojcowie razem pracowali). Początkowo nosiłem rurki, marynarę (tak bardziej „bikiniarsko”) i jakieś plakietki własnej roboty w klapie. Potem stałem się też szczęśliwym posiadaczem plakatu WC z jakiejś gazety. Słuchało się muzyki u „Małpy” na magnetofonie szpulowym „ZK”. Pamiętam jak u „Małpy” („Falsona” uwielbiał palić w piecu kaflowym - on u siebie miał centralne. Potem (po śmierci „Falsona”), przesiadywałem głównie u „Grupszego” (w chacie lub na klatce w jego bloku) i wraz z „Kytofem” dyskutowaliśmy i dyskutowaliśmy… W plenerze spotykaliśmy się najczęściej „na kulturze” (teren wokół Domu Kultury). Były też knajpki: „Stylowa”, „Natasza”…
(S): Ha! „Bączek” ta łachudra, kupił ode mnie moją pierwszą sfatygowaną skórę i punkować zaczął długo, długo po mnie i „Kobuchu”, podobnie „Małpa”, a „Kytofa” też pamiętam. Zawsze mu zazdrościłem jego twarzy „zombie”. Poza tym punk do Kęt nie został przywieziony, punk się w Kętach narodził, zresztą jak wszędzie tam, gdzie ludzie zaczęli się buntować. Tam, gdzie punk został przeszczepiony lub przywieziony - nie był nigdy autentyczny. Jeśli nie płynął z wnętrza i nie był skowytem, to gówno był warty. Pełno było wtedy sezonowców i pozerów.
(L): To, co w zasadzie podejrzewałem od 85 r., a co parę dni temu potwierdził mi „Smyśiu”, to tyle, że „niby w mieście coś grało”. Słyszałem o tym od 2 osób, mianowicie „Mańka” i właśnie „Grupszego”. Miało to miejsce około 85-86 r. Nigdy jednak na żadne konkrety - wtedy jak się z „Mańkiem” kumplowałem - nie natrafiłem. Wiele się o tym wtedy gadało, że niby coś, niby gdzieś wiele było przymiarek (tu osobiście pamiętam jak „Żmijka”, „Flisek” i taki koleś z „Andrutowa” (Andrychowa)). Ja podejrzewałem, że może coś „Podlesie” molesowało, ale z moich informacji i tych uzyskanych od „Smysia” wynika, że nic oprócz nas nie grało. Ja podejrzewałem jeszcze takiego kolesia „Boćka”, że może on coś z „Kobuchem” robił, ale „Smyśiu” napisał mi, że o grającej kapeli w Kętach słyszał od „Grupszego”.
(D): Kolejny obraz: podstawówka (1982 r.), jakaś dyskoteka - na parkiecie tańczy dziewczyna, starsza od nas (LO? Beata?), ubrana w rurki, marynarę. Tańczy, stojąc w 1 miejscu, pochylając się do przodu… Mnie punk „dopadł” chyba wtedy… To było coś tak innego od wszystkiego, z czym miałem do tej pory do czynienia. Inny obraz: „Małpa” na korytarzu do sali gimnastycznej przekłuwa sobie ucho agrafką… Inne… gdzieś tak w 8 klasie 1983 r. (?) chodził mi po głowie: „bunt przeciw buntowi”, jakieś rozmowy ze „Żmijką” u mnie na klatce w bloku… i powstała idea „PPP” - „Polski Pozytywny Punk” (bez uzależniaczy). Na skórze miałem wymalowane: przekreślone - papierosa, kieliszek i strzykawkę oraz napis: „Pij mleko” („0,0” - alkoholu, fajek i narkotyków). Jakież zdziwienie mnie ogarnęło gdy sobie ostatnio przeczytałem w Internecie (uzupełniam braki w wiedzy z tamtego okresu) o ruchu „sXe” - „Straight Edge” - to wypisz, wymaluj moje „PPP”. He, he… do dziś profesor z technikum wita mnie „Jak tam Pozytywny Punk?”.
(G): Kurna, no to nie wiem jak to było. Ja też to słyszałem, że ktoś gdzieś w liceum… a nieważne. Prawdą jest, że byliśmy pierwszą naprawdę grającą kapelą w Kętach i okolicach. I naprawdę byliśmy ostrzy, bo te wszystkie „cipki” z Bielska grały na przeglądzie, a my nie. Nas SB dopadło. My zwyciężyliśmy! Z tym, kto to przywiózł, to naprawdę nie wiem. Ja pierwszy raz zobaczyłem kolesia w brązowej skórze i czerwonych spodniach na przystanku PKS gdzieś ok. 79-80 r. Jechałem do babci i mama mnie odprowadzała do autobusu. Mnie to stuknęło w 1983 r., kiedy usłyszałem THE CLASH i SEX PISTOLS. Ale tak naprawdę to THE DAMNED mnie położyło. Później przegrałem „ON STAGE” od „Małpy” i poszło. W 1984 r. wszystkich szokowałem irokezem i czerwonymi spodniami. Ze względu na malarskie ciągotki to chyba ja pierwszy zacząłem tak naprawdę „palę z ubraniem”. Pan Handy, nasz dzielnicowy polował na mnie non stop. Później pojechaliśmy z Markiem do Wrocławia po „ćwieki” i wsiąknęliśmy na ponad dwa tygodnie. Przywieźliśmy ćwieki i GBH do Kęt. Wtedy też zaczęliśmy montować kapelę i „Duduś” wykopał mnie na wokal. Mnie?! „Zimny” zapodał mi CRASS i PIL. Jeszcze „Róbrege”, Warszawka… o jezu ja to się szlajałem z „Kytofem” wszędzie.
(D): Nie „wykopałem” tylko aż się prosiło o „frontmena” z Twoim charyzmatycznym wyglądem… bo co do śpiewu, to… he, he, sam wiesz… ale i tak nie było źle - jak słucham teraz na koncertach niektórych wokalistów hc i ich kompletnie niezrozumiałego „bulgotania” do mikrofonu… to Ty byłeś Pavarotti.
(S): Dokładnie pamiętam jak „to” się zaczęło u mnie. Rok 1980, grudzień. Miałem 18-te urodziny. Wpadła za ZML Milicja Obywatelska i aresztowali mnie! Ha, ha, ha!!! Spędziłem w lochu 48 godzin dzięki moim kolegom. Po wyjściu byłem już zupełnie nie kimś innym, ale od początku. Najpierw miałem grono długowłosych kolegów. Była muzyka hard rockowa, było wino i nieskończące się bójki na dworcu PKS. O ile muzyka i wino mi nawet podchodziły, to bójki - wcale. Miałem serdecznie tego dość i na tym tle dochodziło do coraz częstszych kłótni z moimi „kumplami”. Zagrozili mi, że jak się będę stawiał i przestanę z nimi „chodzić” to mnie urządzą. Jak powiedzieli - tak zrobili. Wrobili mnie w coś, o czym nie miałem zielonego pojęcia (zresztą nie pierwszy raz). Potem było zatrzymanie, przesłuchania i w końcu wszystko się wyjaśniło i mnie puścili. Coś wtedy we mnie pękło, coś się skończyło. Zdradzony przez „przyjaciół”, pobity przez gliny, wściekły wracałem do domu i chciało mi się wyć. Ideały poszły się jebać, coś umarło. Ale coś się też narodziło. Kiedy wieczorem całkiem przypadkiem włączyłem radio, akurat leciał SEX PISTOLS. Nawet nie wiedziałem wtedy, że to oni. Jak oni wyli, jak wspaniale rzępoliły rozstrojone gitary - dokładnie tak się czułem i tak chciałem wyć! Wtedy coraz częściej zaczynało się słyszeć o nowym ruchu. Ruchu PUNK. Ja pierdolę, jak oni (punki) byli mi po drodze. Muzyka, teksty, cała strona wizualna i ta wściekłość na obłudę, kłamstwo itp. Ściąłem włosy, postawiłem je na cukrze, wpiąłem kilka agrawek (w tym w policzek). Ale to był tylko bunt zewnętrzny. Liczyło się natomiast to, co było wewnątrz. W Kętach byłem (bez fałszywej skromności) na pewno pierwszym punkiem. Widywałem co prawda pojedyncze elementy jakoś inaczej ubrane, ale na mój widok jakoś dziwnie zawstydzone swoim wyglądem. A ja żyłem sobie po swojemu, szokując słowem i wyglądem czułem się świetnie. Muzyka dawała mi „powera”, a nowi znajomi coraz bardziej przekonywali się do mnie. Nawiązałem kontakt z punkami z Andrychowa, Oświęcimia i… Warszawy (!), ponieważ przez pół roku chodziłem z dziewczyną ze stolicy, jeżdżąc tam raz w tygodniu. W tym czasie w Kętach królowali hippisi: „Chińczyk”, „Koj” (vel „Kojek”) i cała restia fanów TSA, jednak nie wchodziliśmy sobie w drogę. Po jakimś czasie dołączył do mnie „Kobuch”, który uczył się we Wrocławiu i również łyknął punk-baksyla u siebie w szkole. „Stolarz” dorastał razem ze mną, więc raz dwa się przyłączył. Załoga rosła w siłę. „Podlesie” znaczyło – PUNK! Szaleliśmy aż miło, jeździliśmy na koncerty po całej Polsce, w tym w lecie obowiązkowo do Jarocina. To był najwspanialszy czas. Jakoś tak… chyba był to 1983 r. - poznałem Jacka „Falsona”, który również właśnie zaczynał punkować. Jacka i jego załogę: „Grupszego”, „Bryłę”, „Fliska”, „Małpę”, Artura (zapomniałem ksywki). Duużo słyszałem o „Żmijce”, ale jakoś zupełnie nie wiem czy kiedykolwiek się poznaliśmy. Spotykaliśmy się często, złopaliśmy jabole i uprawialiśmy małpie harce po Kętach. Z Jackiem bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Zacząłem też widywać coraz więcej pukującej młodzieży w Kętach. Wtedy pracowałem już w Pogotowiu Ratunkowym. Któregoś dnia przyszedłem na nocny dyżur i… powiedziano mi: „twój kumpel się powiesił”. O tym, co poczułem nie napiszę… Było to podobne przeżycie do tego z 1980 r. Byliśmy wszyscy na pogrzebie. Poszliśmy bez manifestacji, żeby nie drażnić rodziców Jacka, byliśmy zdruzgotani… Coś wtedy się skończyło… Ludzie zaczynali szukać innych dróg… nie chcieli żyć z piętnem śmierci kolegi, który był taki sam jak my. Po jakimś czasie okazało się, że niektórzy nawet zapierali się co do znajomości z Jackiem. Ja się nie zaparłem! Każdego roku jestem na grobie Jacka. Opowiadałem jego historię moim synom i nigdy się nie wyprę tamtych czasów, tamtych kolegów, nawet tamtych jabolków, ponieważ punk-buntownikiem pozostanę do końca życia. Może trochę wygładzonym, może rozsądniejszym… a może po prostu starym piernikiem.
(D): Tu ja dodam jeszcze od siebie coś, czego chyba jeszcze nikt nie widział, a co wprost „z szuflady” wyciągnąłem po przeczytaniu wiadomości „Smysia”:
„Gdzie poszedłeś sam jak palec? Czemu wszystkich zostawiłeś? Mogłeś przecież tyle przeżyć, Czemu oddech swój zdławiłeś?
Samobójstwa nie są po to, by narodzić się na nowo! Czemu Moskwie uwierzyłeś, w czyn swój zamieniając słowo?
Proszę teraz z głębin smutku, odpuść Panie mu dziś winy. Bo go świat pokonać zdołał - nikt nie przeciął na czas liny…
Tu po drugiej, ziemskiej stronie, jest dziś rozpacz i łzy matki. I cień śmierci nad mym buntem, rysa w sercach kumpli z paczki.”
(„Epitafium dla JM” 17 05 1985)
[WYWIAD – STRONA 3]
(S): Ten tekst powinien znać na pamięć każdy z nas. Dzięki „Duduś”!
(M): Miałem 13 lat (1983 r.), gdy zobaczyłem pierwszy raz punka w Kętach - „Falsona” i jakąś dziewczynę – Ewę, która miała rude włosy i sweter „sieć na ryby”. Wyglądała jak Rotten i chodziła do LO w Kętach. Zgadałem się wtedy z „Grupszym” (mój rocznik i ta sama buda: Szkoła Podstawowa nr 2), pytając o co tu chodzi, ludzie tak dziwnie ubrani, a ja w mundurku. Zafascynowało mnie to. Usłyszałem wtedy 6 pierwszych kawałków punk rockowych: 3x WC, 2x DEZERTER i 1x DAMNED.
(D): …i zaczynają nam się pojawiać dziewczyny we wspomnieniach…
(S): Ha! Panienek nigdy nie było za wiele wśród nas… Jedną jednak pamiętam do dziś - Olę, …a raczej jej rękę! Kiedy w ekstazie pogo na imprezie zimowiska z Warszawy w „Relaxie” dostałem od niej celnego strzała w michę ☺ Do dziś dręczy mnie pytanie - za co „do curvy”, ZAAAAA COOOOO?!?!?! Widywano ją później w towarzystwie „kęckich dzieciaków kFFiatków” – „Chińczyka”, „Kapy” i innych nawiedzonych ☺ Więc jeśli ktoś wie, gdzie przebywa wspomniana Aleksandra J. niech zada jej ostatnie dręczące mnie pytanie: „ZA CO?????????” ☺☺☺
Jak liczna była załoga punkowa w Kętach?
(G): Ilu nas było, z 8-10?
(D): Jakoś tak… to wciąż się zmieniało. Najstarsza ekipa to roczniki ok. 1962-64, kojarzone przeze mnie i nie tylko z „Podlesiem”: Marek „Smyś”, Arek „Kobuch”, „Stolarz”. Potem rocznik 1966: Jacek „Falson”, „Karkocha”, na „Nowotki” (dziś: „Królickiego”); rocznik 1968: Andrzej „Małpa”, Leszek „Lesek”, ja („Duduś” tudzież „Łysy”), rejon: „Strzelczyka” / „700-lecie”; „Młody”, „Flisek”, „Kytof”, „Bryiu”, „Żmijka”, rocznik 1970 na „Żwirki”: „Grupszy”, Maciek „Matet”, inne ksywki w tekście… (nie wszyscy sobie życzą wymieniania nazwisk).
(S): Ok., kto sobie nie życzy, niech jest wymieniany z imienia i pierwszej litery nazwiska. Załoga z „Podlesia” sobie życzy… wręcz postuluje o umieszczenie dodatkowo przy nazwiskach liczby wypitych jaboli (żart) ☺ „Kobuch”, „Stolarz” i pominięty rocznik 1965: Jacek „Jaczek”.
(M): Kogo pamiętam? Wielu, tu wspomnę: „Miglanc” (1969), „Ciel” (1971), „Tosiu-Pancer” (1971) - koleś, który swego czasu zdobywał kupę nagrań zespołów egzotycznych (Brazylia, Argentyna, Włochy, Węgry, Litwa, Łotwa), miał też kontakt z kolesiami w Warszawie i pisał do wytwórni w USA „Alternative Tentacles” (wydali m.in. DEAD KENNEDYS) i coś tam od nich dostawał, jakieś listy…
(L): W „Andrutowie” byli „Kloss”, „Dżału”, „Pala” i zwariowany „Koguł” (czy oni jeszcze w ogóle egzystują?). Poza tym „Burik”, Ola J., Wojtek Sz., „Galeski” i jebnięty „Tosiek” (było nie było, ale to on kupę nagrań SS-20 z Warszawy przywiózł).
(G): „Flisek” i „Burik” to „cipy” nie kolesie. Kurwa, my szliśmy jaboki pić, a oni w cywilki i na dyskotekę. To „Olesn” i „Jasik” też byli załogantami. „Żmijka” również, tylko fryzurę zmienił… Ja Krzyśka lubię, ale krótki to był zryw. Tak naprawdę hard core to: „Falson”, „Jaczek”, „Małpa”, Marek N., „Wiesinka”, „Duduś”, „Lesek”, „Matet”, „Pancer”, „Smyś”, „Kobuch”, Jacek („Podlesie”). Hmm… „Rudy” Jasiek z „Falsona” bloku, on zawsze miał swój światek i grał w piłkę. „Brylu” miał z nami przejebane (jestem ostrym po łacinie). A legitymacje punkowe dla „Krywulta” pamiętacie? Ten osioł nawet przyniósł kasę, ale jej nie wzięliśmy. Olka, Tomek - ten wielki chłop z „700-lecia” - on twardo się trzymał, „Galdon” - nieśmiertelny.
[WYWIAD – STRONA 4]
(S): Tak, „Flisek” to postać zasługująca na odbicie bieżnika trepa na twarzy, za wczoraj, za dziś i zapewne za jutro!
Kęty to stosunkowo niewielka miejscowość, więc pewnie byliście dość widoczni w mieście. Jak byliście odbierani na ulicy, w szkole, w domu kultury, przez milicję?
(G): Zajebiście. Ja byłem aresztowany kilka razy na tydzień, „Belfrzy” mnie nienawidzili. Pozytywnie ogólnie.
(D): Co do Kęt - zostawiam głos chłopakom, którzy siedzieli na miejscu - ja bywałem w domu właściwie tylko w soboty… Osobiście to na kęckim komisariacie wylądowałem bodaj… raz. Moje wspomnienia szkolne to Stary Sącz, gdzie do budy chodziłem… w zielonym mundurze i pod krawatem (nie miałeś krawata – wylatywałeś z lekcji…). Co mogło wyróżniać? Włosy, raportówka (torba na zeszyty) z wielkim „A” na klapie i innymi malowidłami. Co do włosów pamiętam akcję obcinania przez fizyczkę „piór” które nosiliśmy. Moje i kumpla padły ostatnie - udawało nam się je uchować najdłużej dzięki… spinkom do włosów pożyczanym od dziewczyn. Niestety któregoś dnia nastąpiła pełna kontrola głów i „pióra” padły pod ostrzem nożyczek. I coś takiego: po 3 klasie nie dostałem świadectwa w czerwcu (a dopiero po wakacjach, we wrześniu), bo na zakończeniu pojawiłem się (z innym kumplem) przepisowo w mundurze i pod krawatem, ale z „irokezem” na głowie. Potem nosiłem jeszcze takiego „irokeza” dostosowanego do warunków (jak na zdjęciu z naszej strony – mam je też w indeksie i książeczce wojskowej) - boki nie były wygolone do gołej skóry, ale z krótkimi włosami. Dawało to komfort na lekcje „pióra” się kładło na bok i była „piękna” grzywka. W Starym Sączu (w Kętach na początku też) człowiek, który pojawił się na ulicy w różnokolorowych spodniach (samodzielnie zwężane „farszalunki”) i koszulkach - wszystko własnej roboty (wybielacz, farbowanie w różnych kolorach), wymalowanej skórze, „trepach” („glanach”) – wzbudzał sensację. Reakcje były różne: od śmiechu i drwin, po agresję (wtedy należało brać nogi za pas, by nie ucierpiał mój wrodzony pacyfizm), ale to już tylko w Starym Sączu. W Kętach nikt nas nie ruszał, bo byliśmy „marginesem”, którego raczej się bano niż atakowano. Czasem jak patrzę na młodych – wszystko na sobie mają ze sklepu „punk/heavy”, to jakoś tak mi smutno na myśl o współczesnym buncie – pod kontrolą służb marketingowych. O, inwencji, własnej twórczości… ale to już syndrom współczesnych czasów i chyba tego nic i nikt nie zmieni („pieszczochy - made in china” itp.), chyba, że… już mamy zarzewie buntu - paru outsiderów pewnie się znajdzie. Pamiętam jeszcze dyskoteki. W klubie „Sielanka” - tuż przed zamknięciem odbywało się nasze „5 minut”: dawało się prowadzącemu naszą kasetę i szły 2-3 punkowe kawałki - „normalni” już wiedzieli co będzie i schodzili z parkietu, a my pogo!
(S): Oj tak! Nasze gadżety własnej roboty były NIEPOWTARZALNE! Pamiętam jak dwa dni robiłem sobie piękny kolczyk. Wkręt z kolczyka siostry, do tego przymocowany łańcuszek, którego dwa zwisające końce były zaklepane w części agrafki. A pieszczocha… ćwieki od „Falsona”, a kolce robione na tokarce w ZML-u. Do tego łańcuchy (z rygli do drzwi) mocowane do skóry, które później skutecznie zdejmowała z niej pod osłoną nocy (ha, ha) „starsza Pani Smyś”. Do dziś moja mama przechowuje całą reklamówkę tamtych łańcuchów ☺ Pamiętam jak będąc na Węgrzech, zaczepił mnie patrol tamtejszej milicji. Miałem wtedy w uchu koło, z którego zwisał łańcuch przymocowany do pagonu wyćwiekowanej skóry. Wylegitymował mnie. Obawiałem się najgorszego (nasze psy w tamtych czasach uwielbiały wyrywać kolczyki z kawałkiem ucha), a tu… SZOK! Pan mYLYcjant zapytał łamaną polszczyzną, a ty kto, punk czy ruski generał?”. Natomiast mój dyrektor w technikum – „pan” (tfu) Łękawa wzywał mnie do siebie co parę tygodni i groził mi relegowaniem ze szkoły za „godzenie wyglądem w socjalistyczny ustrój i przyjaźń z pieprzonym związkiem radzieckim”.
(M): Jak nas odbierali? Dostawaliśmy często „chińskie pismo” na dupę za wygląd, i wygłupy na mieście, zwłaszcza za Domem Kultury.
Skąd się wziął pomysł na nazwę kapeli BWS SOWCHOZ? Czy ówczesne Kęty odbieraliście jako taki sowchoz (jak w tekście jednego z kawałków), czy może nazwa była bardziej uniwersalną reakacją na panujący wówczas system polityczny?
(G): Duduś?
(D): I jedno i drugie. Przełom lat 70/80 to budowa „wielkiego”, jak na Kęty osiedla z wielkiej płyty („700-lecia Kęt”). Dla małego miasteczka to było coś… a sowchoz to był w całej Polsce. Chyba tak to się nam (mi) wymyśliło… Historię drugiej nazwy: ΣΟΦΟΣ przeczytałeś pewnie na stronie. Teraz to BWS/ΣΟΦΟΣ znaczyć cokolwiek, choćby… Bądź Wierny Sobie (Słowom) Mądrość” lub „Bardzo Wartki Song”, choć niektóre kawałki gramy wolniutko, a „A” w kółeczku niech będzie „alternatywą”.
(G): W sumie to pamiętam jedną scenę: wracaliśmy od „Żmijki” po próbie i gadaliśmy i padło słowo „sowchoz”. Więcej nie pamiętam. Nie wiem, kto to rzucił, ale myślę, że wtedy daliśmy początek nazwie.
„Duduś”, czy zgadzasz się z tezą, że Twoje teksty z czasem mądrzały, stawały się mniej buntownicze, co po prostu zostało przesuniętych ich punkt ciężkości. O ile wcześniej krytyce poddawana rzeczywistość społeczno-polityczna, to później ostrze tekstów zostało skierowane wobec pewnych postaw, jak zakłamanie, obłuda, donosicielstwo, itp., które tak naprawdę stanowiły fundament owej rzeczywistości?
(D): Dokładnie. Widzę, że przestudiowałeś teksty… dogłębnie. Na teksty miało też wpływ to, czego się słuchało - ja, generalnie polskiego punka (WC (mój nr 1), KSU, SEDES, BRAK, TZN XENNA, DEZERTER, KRYZYS i innych - to, co docierało do nas różnymi kanałami, przegrywane z kasety na kasetę), obserwacja tego, co się działo wokół nas, i oczywiście dorastanie (wyrastanie). Ostatnio na koncercie „Matet” zwrócił mi uwagę, że dużo u mnie śmierci… pewnie tak, może to jakaś moja fobia? Jak znajdę chwilkę to walnę się na kozetkę u psychoanalityka. Teraz to też przemijanie (chyba wyłazi kryzys wieku średniego) przemyślenia z perspektywy tych lat, które już za mną.
W związku z nauką sporo czasu spędziłeś w Starym Sączu. Czy w tamtym czasie funkcjonowało tam środowisko punkowe, czy grały jakieś zespoły?
[WYWIAD – STRONA 5]
(D): Właściwie to nie. To jeszcze mniejsza miejscowość (wtedy, to pewnie jakieś 4-5 tys.). „Kaganek oświaty” nieśli ludzie, którzy przyjeżdżali się tam uczyć i mieszkali w internacie ZSZ lub na stancjach. Szkół było trochę (ja chodziłem do Technikum Leśnego), członkowie EGZYSTENCJI do „Chemika”. Były typowe „wojny”: miejscowi kontra przyjezdni. Bunt, chęć odmiennego wyglądu, myślenia zbliżała „odmieńców” do siebie nie tylko w internacie. Punk, hippis, rastaman naturalnie łączyli się w „stado” – podobnie było też w Kętach. Do Jarocina czy na jakiś koncert jechała taka mieszanka zbuntowanych.
„Walczycie tylko w słowach, umiecie tylko krzyczeć, O tym jak jest wam tutaj źle, o tym co chcielibyście mieć.Stańcie w szeregu, pokażcie co umiecie, Zbudujcie sobie świat, jaki tylko chcecie. Widzę puste ulice, widzę trupy najsłabszych, Wasza anarchia to przemoc, której tak bardzo nie chcecie. Spróbujcie zacząć myśleć, przypatrzcie się choć raz, czy świat ten tak już upadł, by końca nadszedł czas. Uparcie twierdzicie, że świat jest zły - nie chcecie wiedzieć, że także wy wplatani jesteście w jego sieć - prawdziwa anarchia to wyrwać się!Chcesz być wolny wyzwól duszę, wyzwól myśli - wyrwij się z niezliczonych kłamstw małych ludzi którzy otaczają cię! Jesteście zbyt mali by tworzyć coś, Wy wielcy reformatorzy świata Świadectwo waszej bytności to tylko krzyk i płacz, To tylko zło i zniszczenie…” (BWS SOWCHOZ / ΣΟΦΟΣ – „O co walczymy, dokąd zmierzamy…?”)
W Starym Sączu zetknąłeś się z zespołem EGZYSTENCJA z Krynicy. Czy mógłbyś opowiedzieć o tym zespole?
(D): Grali w nim Robert „Kune” Muszański (perkusja), Jacek Adamczyk (bas) – chodzili do „Chemika” i z nimi miałem kontakt, resztę ludzi znałem dość luźno. Oni mieli kontakt z Warszawą, nagrywali tam jakieś kawałki, coś z ich repertuaru wylądowało nawet na liście harcerskiej, startowali do Jarocina bodaj w 1987 r. Jakieś 2 lata temu chciałem zdobyć starą EGZYSTENCJĘ od „Kunego” – niestety miał włamanie i wszystko przepadło. Podobno ktoś tam w Krynicy jeszcze ma ich stare nagrania…
Podczas naszej rozmowy wspominałeś również o innej kapeli z Kęt, a mianowicie PRAWDZIE. W jakim okresie funkcjonowali, czy z BETONOWĄ WIOSKĄ SOWCHOZ / ΣΟΦΟΣ byli związani i co po nich pozostało?
(D): Łączył nas perkusista – „Lesek” i wspólne miasto… Zostało, trochę tekstów w głowie „Mateta”…
(L): Co do PRAWDY to myślę, że napiszę tak. W składzie występowało nas wielu. Ja osobiście pamiętam, że powstała w 1986 r., kiedy „Matet” kupił sobie gitarę w Gdańsku. Pierwszy skład to właśnie „Matet”, „Miglanc”, perkusista „Ciel”, no i chyba „Bryl”. Po próbie, która odbyła się u mnie w chacie w pokoju o powierzchni 18 m², a było nas tam chyba z 12 osób + perkusja, „Matet” mnie zwerbował i Artka. Próby odbywały się u mnie w pokoju, sporadycznie u „Bryla”, no i u „Mateta”. Po dezercji „Bryla”, czyli wyjeździe z komunistycznej Polski i wysraniu się na przyjaciół „Matet” sam przejął wokal, a po jakimś czasie do zespołu dołączył „Galewski”, który zastąpił Artka. Z występów pamiętam jakiś koncert, który graliśmy w Bielsku-Białej (Jasienicy?), gdzie nas pozytywnie odebrano (tu zasługa bielskiej publiczności, która żywiołowo zareagowała na nasz występ po fali bluesa i reggae) i otrzymaliśmy pozytywne recenzje w bielskiej bulwarówce („Kronika”). Potem nadszedł czas na zagranie na rodzinnej scenie (przed Domem Kultury) no i potem jesienią 1987 r. występ na scenie z kilkoma innymi kęckimi formacjami, gdzie znów po wymuszonym przez publikę bisie (Ustrzyki!???) od kęckiego Domu Kultury z rąk jakiejś panienki dostaliśmy dyplom jako nagrodę publiczności (na więcej organizatorów stać nie było). Dziś o starej formacji niewielu pamięta (bo i po co?), a ich cienie poruszają się po kęckich spelunach. Aha, był jeszcze z nami młody „Malarz” (bas), a ja znalazłem szczęście podobno pod „Falsche Flage”. To tyle z mojej strony, możliwe, że kogoś pominąłem, z datami może coś pokręciłem, ale napisałem to, o czym tu i teraz sobie przypomniałem.
(M): W grudniu 1986 r. powstał zespół TEREN SKAŻONY („Matet” (gitara), „Miglanc” (bas), „Ciel” (perkusja) – ekipa z 1 bloku), potem przemianowaliśmy się na SAJGON, a gdy zobaczyliśmy gdzieś taką nazwę powstała ПРАВДА (pisana cyrylicą) – w KMPiK w Bielsku-Białej, gdy rzuciła mi się w oczy gazeta radziecka o tym tytule. Jak chłopaki zaczęli grać z „Ch……” zostałem szefem. Przez zespół przewinęli się też „Lesek”, „Grzybek”, „Brylu”, Woźniak, „Galdon”. Ostatni koncert w składzie: „Matet”, „Lesek”, Woźniak, „Galdon” zagraliśmy w 1990 lub 1991 r. w Komorowicach pod Bielskiem. Zespół powstał z frustracji i beznadziei, jaka wtedy nas ogarniała w tragicznej rzeczywistości – siedzieliśmy na klatkach schodowych, i czekaliśmy nie wiadomo na co…
W 1986 r. na skutek interwencji SB nie udało się BWS SOWCHOZ ostatecznie zaistnieć na przeglądzie zespołów rockowych w Bielsku-Białej z powodu dość odważnych tekstów. Czy bezpieka chodziła o jakieś wybrane utwory, czy w ogóle twórczość zespołu była dla nich nie do przyjęcia?
(D): O ile pamiętam, przed przeglądem („Matet” przypomniał mi, że był to „Rokosz”) posłaliśmy wszystkie teksty do cenzora w Bielsku Białej i chyba poszło o ogół twórczości. Mieliśmy zagrać chyba: „Sowchoz”, „Armię” i „Sex” – wtedy nasze sztandarowe kawałki. Gdy nas trzepali „Pod orłem” to raczej chodziło o to, kto pisze, albo czy ktoś nam podpowiadał co pisać. Wujek, który wtedy był blisko władz (chyba Komitet Wojewódzki partii w Bielsku) opowiadał moim rodzicom, że „nasza sprawa” była even tematem jakiegoś zebrania partyjniaków he, he – ot, takie nasze małe kombatanctwo.
(M): PRAWDA też miała podobne przejścia jak BWS SOWCHOZ i nam też się dostało od SB. Pisaliśmy jakieś oświadczenia, ze nic rodzice nie wiedzą o tym, że gramy itp. Byliśmy niepełnoletni.
(G): Zawieźliśmy teksty do cenzury. Ja na pewno, i chyba „Matet”. Te chuje nic nie powiedzieli, zakwalifikowali nas i… przywitali SB. Ale żaden z nas nie pęknął, wszyscy jak jeden mąż mówiliśmy, że razem pisaliśmy teksty, chociaż to „Duduś” pisał. Odpowiedzialność zbiorowa – braterstwo!
- Nie próbowaliście zaistnieć np. w Jarocinie? I czy w ogóle byliście tam w roli publiczności? Jeśli tak, to jak ten festiwal wspominacie? A jak inne ówczesne koncerty i festiwale?
[WYWIAD – STRONA 6]
(D): Jarocin zaczął się dla nas w 1984 r. (byli tam m.in. „Grupszy” i „Falson”). To, co opowiadali dało impuls do kolejnych wyjazdów w następnych latach, już w szerszym gronie (ja zaliczyłem festiwal w latach 1985, 86 i 87). Chyba nie wysłaliśmy żadnej kasety, choć chcieliśmy. Pamiętam… tylko sesję foto przed Domem Kultury… Potem film upadł, naświetlił się i było po fotkach i po zgłoszeniu… Jak wspominam festiwal? Pamięć ma to do siebie, że lubi tylko same dobre rzeczy… i tak jakoś nie pamiętam tych złych. Owszem, niewygody, brak kasy, głodny brzusio, ale dla nastolatka to raczej nic wielkiego (przynajmniej wtedy). Te tłumy kolorowych ludzi to było coś. Nikt cię nie wytykał palcami, bo całe miasto było nas pełne. Muzyka, muzyka, muzyka - dawka energii na kolejny rok życia.
(G): Wysłaliśmy kasetę. Czerwoną, marki „Stomil 60” - ja od starego dostałem. Pewnie nie mogli się dosłuchać muzyki z tego hałasu. Mówię tu tylko o jakości nagrań.
(M): W 1987 r. jako PRAWDA wysłaliśmy kasetę do Jarocina (demo nagraliśmy u „Forysia”), kumplowaliśmy wtedy z kapelami „góralskimi”: KOLOROWA SZELKA z Makowa i APATIA z Rabki. Nie przyjęli nas nawet na Małą Scenę. Prawdopodobnie przetrwało nasze 1 nagranie – utwór: „Kubeł”, nagrany w składzie: „Matet”, „Lesek” i „Grzybek”. Pamiętam tekst:
„W wielkim kuble na odpadki, Którym jest dzisiejszy świat. Gdzieś na skraju brudnych śmieci Leżysz ty i leżę ja.
Tak leżymy zapomniani ty i ja, Nie obchodzą nas poglądy, Mamy w dupie cały świat.
W przyszłość, w którą tak wierzycie, Nigdy wam nie pomoże, Bo jesteście zwykłym gównem, A śmierdzicie jeszcze gorzej.” (ПРАВДА – „Kubeł”)
(L): Ja sobie jeszcze przypomniałem, że było coś takiego, jak „Festiwal Muzyki Nowej i Odjazdowej”. Jeśli się nie mylę, to odbywało się to po Jarocinie 1985 lub 86 - w Sopockim amfiteatrze. Wiem, że z Kęt był tam „Matet”, „Kadrzes”, „Dudziak”, pamiętam, jak opowiadali o PO PROSTU. A „Kytof” razem z „Grupszym” byli w Gliwickim „Gwarku” na DIE TOTEN HOSEN. To tak, jak co jakiś czas wracają wspomnienia. Jeśli ma to być obiektywne spojrzenie na „minioną epokę” to trudno z wspomnień „Łysego”, „Smysia” i mnie mieć szeroki ekran. Trochę szkoda, bo myślę, że może to być ostatnia próba zebrania tego w całość. Aha, no i jeszcze „Zimny”, ale to już „Grupszy” może na jego temat napisać.
(D): Co do Sopotu, to akurat tam byłem i mi najbardziej utkwił w pamięci koncert ABSURDU (wtedy mój nr 1 to utwór „Dżuma”) i BRZEMIENNEJ APTEKI z transparentem „Miesiączkuje woźna będzie zima groźna”, papierami moczonymi w wodzie i rzucanymi w publiczność. No i oczywiście PO PROSTU ze Szczepanem na wokalu w białej skai z napisem KOMBI, choć jego już widziałem wcześniej w Jarocinie to jednak show to show. Co do Gliwic, zapaliliśmy kontakt z załogą w pociągu do Jarocina 85. Był, bodaj gliwicki „Łysy” i jego beeeek – wypowiedzi z sąsiedniego przedziału, a potem wspólna podróż w oparach marychy… Wracaliśmy wtedy z Sopotu z wypadu nad morze. Ja dojechałem tam (do Sopotu) trochę później i minęła mnie impreza w „Grand Hotelu” – znam ją tylko z opowieści chłopaków… jakiś homo zaprosił ich do pokoju na bibę… do „Żmijki” się dobierał… skończyło się jakąś awanturą. Ja, szukając ich po Sopocie bardzo wczesnym rankiem (wprost z pociągu) obserwowałem życie kurortu, z tych obserwacji i opowieści chłopaków powstał potem kawałek „Grand Hotel”. Wspomniany wyżej gliwicki „Łysy” pompował bodaj hydronetkę na Dużej Scenie w Jarocinie, gdy grał SHAKIN DUDI i polewali publiczność wodą… Do Gliwic jeździło się na koncerty do „Gwarka”. Wyżej wspomniany DIE TOTEN HOSEN z KOBRANOCKĄ zaliczyli „Grupszy”, „Kytof” i „Zimny” (koleś pochodził z Rybnika i uczył się w Kętach - „crassowiec”, który wyglądał jak R. Smith, ta jego czupryna…). Ja pamiętam jakiś jesienny koncert HOLY TOY („Dziubka”), na który jechałem ze Starego Sącza. Tamte kontakty to głównie życie Gliwickiej Sceny Alternatywnej. Oczywiście ABSURD, kojarzy mi się też BRZYTWA OJCA i ZYLASTY KOGUT (z tej kapeli chyba znaliśmy kogoś…). Był też jakiś wypad („Grupszy”, „Kytof” i ja) ze spaniem i imprezą u chłopaków w Gliwicach… Zawieźliśmy im też jakieś nasze nagrania.
(L): Były jeszcze wyjazdy na „Reggae Nad Wartą” do Gorzowa Wielkopolskiego, „Poza Kontrolą”, no i na „Róbrege” do Warszawy.
Załoga Kęty 2009: „Jaczek”, „Smyś”, „Matet” i „Duduś” („Łysy”)
„Szukanie własnych szlaków. Wśród nieprzebytej dżungli, zachowań i uczuć ludzkich. Przyswajanie nowych odruchów. Codzienne oglądanie w lustrze, swoich nowych twarzy. Ciągła, ciągła gra. Dialogi i monologi.Dobieranie słów do sytuacji, wybieranie broni do kolejnych starć. O prawdę o kłamstwo, o swoje własne życie.” (BWS SOWCHOZ / ΣΟΦΟΣ – „Za ścianą”)
Na ile wpływ na rozwiązanie zespołu BWS SOWCHOZ / ΣΟΦΟΣ miały przeszkody uniemożliwiające zaistnienie na scenie, a na ile odmienne wizje przyszłości muzycznej?
(D): Chyba bardziej to drugie, choć brak miejsca na grywanie i moja ciągła nieobecność w Kętach też miała w tym udział. „Grupszy” się rozwijał muzycznie w innym kierunku (caydenmcleod.com) niż moja wizja grania, zaczynały się spory, a ja odpuściłem, myślami będąc już przy maturze, studiach i obecnej żonie.
(G): To prawda. Zacząłem słuchać jazz i Steva Vai. Szkoła plastyczna też miała swój wpływ zacząłem przywiązywać większą wagę do formy.
Jakie nagrania pozostały po BETONOWEJ WIOSCE SOWCHOZ / ΣΟΦΟΣ (koncerty, próby)?
(D): Nagrania zostały (na kasetach). Rewitalizacji dokonał ostatnio „Grupszy” i można je usłyszeć na naszej stronie. Nowości - to takie próby domowego nagrywania na kompa. Są dostępne na myspace.
Czy po rozwiązaniu zespołu w 1987 r. zajmowaliście się muzyką?
(D): Najbardziej profesjonalnie to „Grupszy” za oceanem, „Lesek” w PRAWDZIE, a ja… odjechałem w góry i piosenki o połoninach. Od czasów technikum dużo czasu spędzałem łażąc po górach i śpiewając. Zostało mi to do dzisiaj, choć teraz zamieniłem częściowo góry na kajaki.
Kiedy nastąpiła reaktywacja zespołu i co Was skłoniło do powrotu na scenę? Dlaczego nie ma w składzie „Leska” i „Grupszego”?
[WYWIAD – STRONA 7]
(D): Reaktywacja nastąpiła jakoś w połowie 2007 r. Przypadek? Miałem 3 operacje kolana i siedząc w domu postanowiłem kupić sobie gitarę elektryczną oraz piec (moje niespełnione marzenie z młodości). Jakoś niedługo spotkałem „Micka” i wraz z jego bratem Grześkiem postanowiliśmy spróbować pograć. Grzegorz kupił perkusję i chodzi do ogniska muzycznego na lekcje (!). Odgrzebałem kilka starych numerów, a że świat dookoła dalej jest „zakręcony”, to powstały też nowe. Co do reszty chłopaków: „Grupszy” gdzieś za oceanem, „Lesek” w Niemczech.
Jakie macie plany na przyszłość?
(D): Zagrać parę koncertów, równo i bez pomyłek. Teraz już bez „Micka”. Na basie od niedawna trenuje z nami Adaś. Mam nadzieję, że przygotujemy parę kawałek na 3 października do „Stolarni” - planowany koncert z WŁOCHATYM i PUNKTEM WIDZENIA, …choć w tym towarzystwie zabrzmimy dość hm, hm… egzotycznie ☺
(M): Mam teraz w chacie austriackie pudło i 4 gotowe teksty i chce mi się znów grać, może mi się uda… jak wytrzeźwieję…
Czasem czuję wiatr od rzeki, Wieje zimny suchy zły Przed oczami przemykają Pomarszczone stare dni. Z dawnych czasów tych okrutnych, Gdy nie było wolno nic. Gdzie marzenia były drogie, I nie wszyscy chcieli żyć. Wielu z nich już dziś nie ma, Poszli tą z najprostszych dróg. Czy coś byli winni życiu, Skąd się wziął tak srogi dług. Gdzie jesteście, jak daleko, jak dobrze, jak co? (tekst „Matet”)
NOTATKA REDAKCYJNA:
„Matet” już nie zagra… Kiedy ostatecznie dopracowywany był powyższy wywiad przyszła do mnie wiadomość, że „Matet” nie żyje… Wprawdzie nigdy Go osobiście nie poznałem, ale między innymi dzięki Niemu przez ostatni miesiąc poznawałem historię Jego i innych chłopaków z Kęt, których połączyła miłość do punk rocka. „Mateta” część historii dobiegła końca… Jego pamięci ten wywiad dedykuję.